| Strona 1 z 6
ZosiaKiedy to się zaczęło? Nigdy, nigdy się nie zaczęło, bo było.
Jakkolwiek by to nie brzmiało, tak właśnie jest. U mnie w rodzinie nikt wcześniej nie jeździł konno. Nikt też nie zaprowadził mnie do szkółki jeździeckiej. Ja widziałam konie i podnosiłam rumor, że chcę i KONIEC! Pierwsze zdjęcie na koniu mam w wieku 10 miesięcy, ale nie jestem wcale pewna czy to moja pierwsza jazda. Tata śmieje się, że to był ich największy błąd. Później już nie dało się mnie zdjąć z końskiego grzbietu. Do dziś pamiętam jak jadąc samochodem trzeba było odwracać moją uwagę lub zakrywać oczy, bo inaczej jeden wielki wrzask: KONIKI! I Zosia musi już teraz zaraz, chociaż pogłaskać. Pisząc ten tekst przejrzałam mnóstwo zdjęć. Spacer w lesie w jednym ręku koń, w drugim koń. Zabawy w domu, zawsze konie. Dla koni mogłam zrobić wszystko, nawet nie odzywać się przez całą drogę samochodem. Ci którzy mnie znają, wiedzą jaki to wyczyn.
Stajnie? Było ich mnóstwo, każda była na swój sposób wyjątkowa. Wspomnę o Patataju, bo czytając zamieszczony tu tekst Kamili pomyślałam, że ja również przez tamtejsze kucyki — a konkretnie Miłkę — rzuciłam jeździectwo na rok czasu! Jednak strachu do stworzeń mniejszych nie mogłam się wyzbyć przez długi czas. W grę wchodziły tylko duże konie. Kto by pomyślał, bo dziś to Werna jest moim ulubionym wierzchowcem w rekreacji — w końcu to „mój sportowy kuc”. Potem jeszcze Paszków, pamiętam kucyka, któremu jak się czyściło kopyta z premedytacją gryzł w dupsko. Stajni było wiele, pamiętam TKKF Podkowa Leśna, bo właśnie tam po raz pierwszy dzierżawiłam konia. Na komunię, zamiast na rower, zbierałam na Karą. Moje pierwsze wielkie marzenie. Pamiętam ją jako wspaniałego, wielkiego, karego konia. Widziałam ją w zeszłym roku, no cóż nie jest taka. Dlatego czasem uważam, że wspomnienia powinny zostać wspomnieniami. Chcę ją pamiętać jako czarnego sportowca. Mogłabym tak wymieniać godzinami, każda kolejna stajnia — tysiące historii i wspomnień, a poza tym to całe moje życie. Ciężko, żebym nie miała co opowiadać o prawie 18. latach.
Skoki?! To nie było marzenie mojej mamy. Wystarczająco stresów ma kobieta, ciągłe upadki (do dziś śmiejemy się z Pawłem — moim trenerem, że wyjątkowo lubię spotkania z bandami). Cóż, jednak tak wyszło. Ta decyzja została podjęta gdzieś poza nią. Nie, nie została podjęta, to się po prostu stało, jak wszystko w moim życiu. Taki był plan, chyba od zawsze. Nawet nie pamiętam swojego pierwszego skoku… Pamiętam jak pierwszy raz skoczyłam metr, ale pierwszy skok, nawet nie mam pojęcia gdzie to mogło być. Wydaje mi się, że jakoś tuż przed podstawówką. Na pewno, chociaż to zależy co traktujemy jako skok? Oderwanie się od ziemi na 30 cm, 40 cm? Jeśli tak, to jestem pewna, że przed pierwszą klasą. Tak samo nie wiem kiedy postawiłam na sport, kiedy zaczęłam o tym myśleć na poważnie. Zawsze? Odpowiedź na każde pytanie, ale nie pamiętam kiedy to już przestało być dla mnie tylko zabawą. Pamiętam pierwsze zawody, ale który to był rok?! Prawdopodobnie 3 klasa podstawówki. Prawdopodobnie, jak ze wszystkim, obudziłam się pewnego dnia rano i to było już oczywiste. Szalone i gniade. 2007 rok będę pamiętać doskonale przez całe życie, wtedy spełniło się moje największe marzenie! Dostałam własnego wierzchowca. Od tamtej pory brak mi życzenia przy dmuchaniu świeczek na torcie. Brat żartował kiedyś ze mnie, że moje życzenie i tak się nie spełni, bo każdy wie, co sobie marzę. Carat zupełnie nie wyglądał jak ten z moich marzeń. Jednak, miał być mój! Pierwszy lepszy, nieważne, żeby tylko się nie rozmyślili. Okazał się cudowny i latający pod niebo czyli idealny dla mnie. Oboje, a raczej ja za nas, już całkiem pewna, postawiłam na sport. I tak sobie powoli skakaliśmy. Sawanka. Pewnego dnia ja i mój koń poznaliśmy Pawła, w wakacje. W jakiś czas później Paweł poznał mnie z Sawanką. Cóż ich się nie da nie lubić, więc od razu się zakochałam w ludziach, a potem w miejscu. I tak słonecznego, wakacyjnego dnia pod namiotem stwierdziłam, że się przeniosę. Jeszcze nie pożałowałam i wątpię, żeby kiedykolwiek tak się stało. Karotek znalazł tu kumpla na padok, co wydawało się niemożliwe. Tak jak ja, odnalazł prawdziwych przyjaciół, mam nadzieję, takich na zawsze. Oboje odnaleźliśmy spokój serca, bo ducha nie, ale to zupełnie nie leży w naszej szalonej i nieobliczalnej naturze. Szybujemy sobie razem wysoko pod chmurami, z każdym dniem wyżej. Mama. Czasem żartuje, że mogłabym grać w szachy, byłoby taniej. Wszyscy jednak wiedzą, że zabiłabym przeciwnika szachownicą. Taka jestem. Wspomniałam o tym, bo chciałam wspomnieć o Mamie. Tak naprawdę dzięki niej mam to wszystko. Tylko ona wspiera mnie przez całe moje życie i pozwala mi spełniać marzenia. Wydaje mi się, że ona jedna mnie rozumie. I choć czasem bardzo się o mnie boi i te konie „wychodzą jej bokiem” ani razu we mnie nie zwątpiła, jest ze mnie dumna i każdego dnia daje mi to do zrozumienia. Z tego miejsca chciałam jej bardzo podziękować i powiedzieć, że wiem i bardzo doceniam to co dla mnie robi. Dziękuję, mamo!
To możliwość spełniania marzeń Jeździectwo jest moim marzeniem. Codziennie pozwala mi się spełniać, daje mi radość i mnóstwo wspaniałych chwil. Jakiekolwiek będzie moje życie, będzie udane, bo konie mają w nim miejsce. Bez nich świat straciłby kolory. Jeśli mnie nie rozumiecie, to pomyślcie jak to jest kiedy jesteście zakochani i doskonale zrozumiecie moje uczucie. Tak, przecież ja jestem zakochana! Każdemu z was tego życzę. Koni? Nie, nie koni, ale pasji. Pasji, dla której warto wstawać każdego dnia!
|
|
Jak się to wszystko zaczęło...
|




